Opublikowano:

Zdrowo, smacznie i… antydepresyjnie

Już grecki filozof Sokrates powiedział bardzo mądre zdanie, o którym niestety współcześni producenci żywności, albo nie słyszeli, albo zapomnieli: NIECH ŻYWNOŚĆ BĘDZIE TWOIM LEKIEM, A LEK TWOJĄ ŻYWNOŚCIĄ. Gdyby tak nie było, to ludzkość prawdopodobnie dawno by wyginęła, w końcu człowiek od ery kamienia łupanego, poprzez starożytności do okolic XIX/XXw nie mógł sobie iść do apteki po vademecum na swędzące stopy, niespokojne nogi, nadwagę, czy kuku i dwa boloki, Owszem od wieków znane było ziołoloczenictwo, na którym opiera się współczesna farmacja, jednak mimo wszystko dużą wagę przywiązywano do jakości żywności i tego co się spożywa, Nie dzieliło się żywności na konwencjonalną i ekologiczną, a termin żywność prozdrowotna nie istniał, bo w zasadzie tylko z taką żywnością człowiek miał do czynienia.

Jednak dzisiaj nie o tym. Dziś chciałam Wam przedstawić antydepresanty, które można położyć na swoim talerzu, za w sumie niewielkie pieniądze, a jeśli ktoś się zna, to i za zupełną darmochę 😉

Pierwszym przedstawicielem naturalnych antydepresantów, jest SOCZEWICA. A w zasadzie ZIARNA SOCZEWICY

soczewica

Ziarna rośliny doskonale znanej wegetarianom i osobom namiętnie się odchudzającym. Tak się składa, że soczewica, nie dość, że smaczna, bardzo uniwersalna i niewymagająca tak długiego namaczania przed obróbką jak groch, to charakteryzuje się niską kalorycznością, bardzo dobrym składem białka (zawiera prawie wszystkie aminokwasy egzogenne, czyli te, których nasz organizm nie wytwarza, a potrzebuje do prawidłowego funkcjonowania) – tylko nieco tylko lepsza pod tym względem jest soja. Oprócz tego jest syta – zawdzięcza to dużej zawartości błonnika pokarmowego, zawiera wiele makro i mikroelementów oraz flawonoidy chroniące naczynia krwionośne. Już sam fakt spożywania smacznej potrawy, która nas nasyci i nie sprawi, że przybędzie nam fałdek na brzuchu i w biodrach, powinien działaś antydepresyjnie, ale jest jeszcze coś – 100 g ziaren soczewicy zawiera,  215 mg L-tryptofanu, aminokwasu szczęścia, którego niedobór często jest łączony ze stanami obniżonego nastroju – czyli zwyczajnego doła. Aminokwas ten zawarty jest również w: nasionach soi, orzechach ziemnych (w tym w maśle orzechowym, ale naturalnym), fasoli czerwonej, nasionach słonecznika, dyni i sezamu; jajkach kurzych, serach (cheddar, parmezan, szwajcar) i drożdżach piwnych W czym, w takim razie jest lepsza soczewica od pozostałych wymienionych produktów? Jest spośród nich najmniej kaloryczna (stosunek ilości L-tryptofanu, na gram soczewicy)!

Kolejnym przedstawicielem jedzeniowych antydepresantów są… i tu nie małe zaskoczenie GRZYBY!

grzyby

 

Grzyby choć w rodzimej kuchni są dobrze znane, to jednak bardziej od strony pieczarek, czasem boczniaka, bardziej wyrafinowani zajadają się w chińskich restauracjach wariacjami na temat Shii-take, czyli twardziaka jadalnego. Ci bardziej rodzinni nie pogardzą późnoletnio-jesienną zupą grzybową z podgrzybka, albo jajecznicą z maślakami (mniam!).
Wiecie, że Polska jest jednym z nielicznych krajów, gdzie zbieranie grzybów jest tak bardzo popularne? W innych krajach – np. w Niemczech, w lasach jest zatrzęsienie grzybów, a praktycznie nikt ich nie zbiera!
O grzybach to ja bym mogła bez końca, ale powiem Wam, że choć są one znane ze swoich walorów smakowo-zapachowych, to pod względem wartości odżywczych są bardzo niedoceniane.
Pamiętam jak na biologii w liceum, przy okazji grzybów, nauczycielka powiedziała, że są bezwartościowe, właściwie sama chityna i woda, a do tego ciężkostrawne i obciążają wątrobę. Więc jeśli Wasze nauczycielki też tak mówiły, to bardzo się zdziwicie.

Grzyby w wielu krajach są nazywane mięsem lasu, gdyż zawierają (w zależności od gatunku) praktycznie wszystkie aminokwasy egzogenne, o których wspominałam przy okazji soczewicy (Borowik szlachetny zawiera wszystkie). Zawierają wszystkie witaminy z grupy B, w tym najwięcej witaminy B1, witaminę E, są też bardzo zasobne w witaminę D i jej prowitaminę ergosterol. Oprócz tego zawierają szereg związków przeciwnowotworowych, mnóstwo błonnika pokarmowego, w tym frakcji beta-glukanów, które głównie oczyszczają naczynia krwionośne ze złogów złego choresterolu i triglicerydów. I jeszcze przedostatnia ciekawostka – beta-glukany twardziaka jadalnego wspomagają odporność u osób, które są nosicielami wirusa HIV.

Miało być jednak o działaniu antydepresyjnym. Otóż grzyby zawierają bardzo ciekawy związek – L- ergotioneinę (L-ergothioneine), należy on do grupy antyoksydantów. Poza działaniem antydepresyjnym, wykazuje działanie przeciwnowotworowe oraz chroni wątrobę przed uszkodzeniami, oraz oczy przed powstawaniem zaćmy.

Zatem polecam jeść grzyby! Pamiętajmy jednak, że dzieci do 3, a najlepiej 5 roku życia, ze względu na niewykształcone do końca procesy enzymatyczne, nie powinny ich spożywać 🙂

Opublikowano:

Siła kobiecego (anty)wsparcia

O męskiej solidarności krążą wręcz legendy. Facet za facetem stanie murem, jeśli coś mu się w zachowaniu kolegi nie podoba, to albo mu powie wprost, albo przemilczy, chyba, że kolega przegnie, wówczas dadzą sobie po gębie. Z nami kobietami jest gorzej. Solidarność jajników często można między bajki włożyć, o czym nieraz boleśnie się przekonałam. Kobieta kobiecie często wilkiem, a matka matce to już w ogóle. To bardzo przykra sprawa, bo kto nas lepiej zrozumie jak inna kobieta?

Przykładowa sytuacja: Idę sobie sklepową alejką, Popularnego Dzieciowego Sklepu. Tacham Młodą w wózku, a przed nami inna mama, w towarzystwie swojej (napominającej ją) mamy, na całej szerokości owej alejki sadowi swoje (spore już) dziecię w spacerówce. Przeprosiłam Mamuśkę, ona nie zareagowała, więc czekam minutę, po czym znowu przepraszam. Mamuśka skończyła mocowanie się z wózkiem, po czym zawarczała „Można zaczekać!”. Odparłam (przyznaję równie niegrzecznie): można nie warczeć”… wywiązała się dość nieprzyjemna pyskówka, a można było zwyczajnie „odprzeprosić i poprosić o cierpliwość”. Tak pewnie by zrobili faceci (albo sobie pomogli), a my kobiety jakoś nie lubimy być „gorsze” jedna przed drugą. Nie lubimy pokazywać, że jesteśmy w czym słabsze. Każda z nas chce być Siłaczką i w imię Lepszej Sprawy dawać sobie radę. Prośba o pomoc innej kobiety jest przez nas traktowana jako swoista porażka. No bo jak to? Ona ma trójkę dzieci, męża niedorajdę, a z podłogi można jeść, a u mnie jeden Dzieć, mąż pomaga a pierdolnik sam niedługo się spakuje i wyprowadzi? Wpojono nam, że MUSIMY DAĆ RADĘ, MUSIMY być SIŁACZKAMI, musimy zarywać noce, wysłać tatusia z Dzieciem na spacer, albo oddać za pieniążki Młode do Klubiku na kilka godzin i zamiast do fryzjera, kosmetyczki, na fitness (O czym ja piszę!)…. wróć! Zamiast się położyć i nadrobić Chirurgów, albo odmóżdżyć się przy Modzie na Sukces (;)), czy też zwyczajnie PÓJŚĆ SPAĆ, wyciągnąć nogi, my bierzemy i szorujemy, liżemy, pastujemy, myjemy okna dla Jeżusia, jakby miała wpaść inspekcja sanitarna, albo perfekcyjna Pani domu. Mamy kompleks czasu wolnego, wpojony w dzieciństwie (przynajmniej mój), że ZAWSZE jest coś do zrobienia, a dupa boli od siedzenia. Zamiast cieszyć się życiem i wychodzić z założenia, że mieszkanie jest do mieszkania, a nie do wiecznego sprzątania, cieszyć się zabawą z dzieckiem i jego tatą, współczesna mama patrzy na nich z żalem szorując meble i blat kuchenny prawie na wylot „bo u niej jest tak czysto”. A można by tak było się umówić z inną mamą – dziś sprzątamy u Ciebie – ja się zajmę Dzieciakami, a Ty sobie zrobisz co tam potrzebujesz. Kobieca podzielność uwagi pozwoli dzieciakom się nie pozabijać, a i umilić pogawędką wspólnie spędzony czas. Wyobrażacie sobie? Tak, wiem Totalna Abstrakcja, przecież zapraszając inną mamę, ma ona odczuć, ze jesteś Siłaczką i Dajesz Radę. 

Szkoda, że coraz rzadziej spotyka się miejsca, gdzie mamy mogą się spotkać na neutralnym gruncie i bez kompleksów pogadać o dupie Maryni, poradzić się, nawiązać przyjaźnie. Miałam szczęście dwukrotnie uczestniczyć w czymś takim i udało mi się nawiązać zalążek przyjaźni z inną mamą. Dzieciaki się świetnie wspólnie bawią, ale zajęło nam trochę czasu by się przed sobą otworzyć. Jednak czasem przemierzam alejki sama w Małą w chuściorze, albo w wózku, a inne mamy kiedy się do nich uśmiecham patrzą na mnie jak na wariatkę, albo najczęściej rozmawiają przez, albo wpatrują się w swojego smartphona.  Przy huśtawkach zawsze są jakieś docinki, że czyjś Dzieć się za długo buja skierowane oczywiście do swojego Małoletniego „Widzisz Brajanku, nie pohuśtasz się, bo tamta pani, NAM ZAJMUJE (tu spojrzenie skierowane na winowajczynię niebujania się Brajanka). A można by tak zagadać o pogodzie czekając na swoją kolej? Jasne, może niemiłe Panie mają gorszy dzień, ale która matka codziennie nie ma gorszego dnia? Jesteśmy zmęczone w ciągłej gotowości. Do czwartego miesiąca życia niemowlaka, próbujemy codziennie go nie zabić, a po czwartym dodatkowo pilnujemy by on sam siebie nie unicestwił.

Takie jest życie matki, może nieco łatwiejsze by było w tandemie z innymi mami? Tak bez oceniania, bez porównywania? Bez fałszywego zainteresowania? 😉

 

Opublikowano:

Matką być dziś…

Matka jest tylko jedna. Nie ma matek idealnych. Każda matka jest najlepsza dla swojego dziecka. 

To wszystko każda kobieta będąc w ciąży, u progu macierzyństwa, aż w końcu zostając matką czyta, słyszy, a jednak… … A jednak ciągle ma wyrzuty sumienia i wydaje się jej, że nie jest wystarczająco dobra. Bo kompleksy, których się nabawiłyśmy od lat młodzieńczych, gdzieś tam jak cień się za nami toczą jak kula śniegowa.

Przyszła Matka najpierw, jako dziewczyna względem swoich rówieśników i rodziców czuje, że nie jest wystarczająco ładna, szczupła, inteligentna, błyskotliwa. Potem jako kobieta czuje, że nie jest wystarczająco dobra dla tego faceta – wg teściowej, w końcu wg. siebie samej. Nie jest wystarczająco błyskotliwa, przedsiębiorcza, pomysłowa względem szefa, współpracowników. Później jako żona, czy partnerka nie jest wystarczająco dobrą kucharką, kochanką (wcześniej pewnie miał lepsze), gospodynią (mamusia gotuje i sprząta lepiej).

Aż w końcu zostaje Matką! I tu dochodzi do kumulacji powyższych kompleksów. Najpierw jest euforia – te małe rączki, nóżki, zagubione spojrzenie kosmity, ufnie szukające piersi. Jeden Wielki Cud. Oto ukazuje się nam Nowe Życie, zagroda, za te miesiące zgagi, dodatkowe kilogramy. Ucieleśnia się to na co czekała, widzi te maleńkie piąstki i nóżki, które się rozpychały w jej brzuchu. Wydawały się takie silne, a tu wydają się takie kruche, jakby podmuch wiatru mógłby im zrobić krzywdę. A potem przychodzi (albo i nie) pierwsze załamanie, nieudane próby wykarmienia Nowo narodzonego bobasa, irytujący goście innych pacjentek, nieuprzejmy personel, a do tego wszystkiego hormony (głównie kortyzol), które po 2-3 dniach odbijają się jako Baby Blues. Każda przechodzi go po swojemu, albo ma szczęście nie doświadczyć. Niemniej jednak, co by się nie działo, to każda kobieta chyba, nagle sobie uświadamia, albo zderza się ze świadomością, że jej życie się właśnie teraz zmieniło o 180 stopni i niekoniecznie jest bajkowo. Relacja z Wybrankiem Życiowym będzie teraz zupełnie inna, nagle to Stworzenie leżące obok, albo na piersi w 100% jest od niej zależne. Byłą Jego Wszechświatem, teraz jest Całym Światem, a wkrótce będzie Przewodnikiem po życiu. Już nigdy nie przestanie się martwić. A świat w okół ŻĄDA od niej by była Matką Idealną. Matką niepopełniającą błędów. Matką, którą stać na wszystkie zabawki edukacyjne, czy gadżety, bez których jej dziecko co najmniej będzie nieszczęśliwe, a już na pewno nie będzie się tak pięknie i cudownie rozwijać, jak dziecko tej Pani z Pudełka. Nagle w okół pojawiają się eksperci od wszystkiego. Wujek Google staje się Wszystkowiedzącą Nianią Google. Wyjdziesz z domu i wszystkie Panie Sklepowe i Parkowe Babcie, wiedzą lepiej jak masz ubierać, karmić, wychowywać. Czy Twoje dziecko jest za chude, czy za grube, a spróbuj nie mieć przymocowanej do wózka czerwonej kokardki!!!. Funkcja aparatu w matczynym smartphonie, będzie narzędziem diagnostycznym, bo inne mamy z internetów na pewno wiedzą lepiej od niej. Przez wszędobylskich ekspertów od JEJ Dziecka traci powoli intuicje, a nagromadzone przez lata kompleksy sprawiają, ze ma wrażenie, że nad Jej głową świeci czerwona lampka PATOLOGICZNA MATKA. 

Z wyrzutami sumienia wstaje, z wyrzutami sumienia chodzi spać, bo:

– nie dość dużo zrobiła w domu,

– nie miała ochoty na seks, pewnie poszuka sobie innej, a moje ciało go odpycha,

– niewystarczająco dużo czasu bawiła się z dzieckiem,

– nie była dziś dość dobrą matką, bo nie rozpoznała płaczu na brudną pieluchę/cycka/rączki,

– nie jest dość dobrą matką, bo nie radzi sobie z kolkami,

– nie dość dużo przytulała swoje dziecko, pewnie czuje się niekochane,

– nie trzymała diety, a zostało mi jeszcze 10 kg do wagi sprzed ciąży…

Można tak wymieniać i wymieniać…. Współczesna matka, to chodzący wyrzut sumienia. Ciągła presja i wszechobecni doradcy sprawiają, że Matka dochodzi do wniosku, że wszystko co najgorsze w życiu mogło się przytrafić jej dziecku to ona sama. Po około pół roku dochodzi do ściany, doszukuje się u dziecka napięcia mięśniowego, asymetrii, śluzu w kupie i obseruje cimiączko.  Czytasz  ZNOWU o szczepionkach i się coraz bardziej boi. Przy tym wszystkim patrzy na mieszkanie, zawalone pokoje dziecięcymi gratami, których nie użyła, ciuszki, których dziecku nie założyła i się wqrwia. O ile kiedyś babcie dawały sposoby „na dziecko”, o tyle teraz wychodzi na to, że bez dobrych rad ekspertów wszelkich nie wychowasz szczęśliwego dziecka. Zawsze będzie źle, a na każdy temat są „obozy”. Nie ma miejsca na Instynkt Macierzyński. Każdy temat dotyczący tej Maleńkiej Istotki, na którą tyle czasu czekałaś jest drażliwy. 

Poród Naturalny vs Cesarka

BLW vs Papki

Chusta vs Wózek

Żywność sklepowa vs Eko

Pieluchy jednorazowe vs Pieluchy Wielorazowe

(Długie) Karmienie Piersią vs Mleko Modyfikowane

I wiele… wiele innych., faktów i mitów, w które obrasta współczesne macierzyństwo

O tym tutaj będzie. O tym chcę w tym miejscu pisać. O tym chcę mówić i rozmawiać na warsztatach. 

ZAPRASZAM