Opublikowano:

Blisko Taty

Kobieta na wejście w rolę matki jest przez naturę skrupulatnie przygotowywana. Najpierw chcemy być matkami, gdzieś tam od czasu do czasu odzywa się „zegar biologiczny”, który sprawia, że większość z nas łapie się na tym, że śni o dziecku, ciąży, rozpływa się nad napotkanymi dziećmi, zazdrości ciężarnym ich rosnących brzuszków. Później jest ciąża – tu zaczyna się jazda bez trzymanki. Najpierw mdłości, przemożna chęć przycinania komara, stres przed każdym USG, oczekiwanie na ruchy dziecka, ich liczenie, badania prenatalne, rosnący brzuszek, oczekiwanie na poród i w końcu macierzyństwo. Często jednak zapominamy, że w tym wszystkim jest jeszcze TATA.

Lata 70′ i 80′ XX w. sprowadziły rolę ojca, do Tego Który Zarabia Na Dom (współcześnie zwana Rolą Bankomatu), Tego Co Siedzi Przed TV lub Z GAZETĄ, ewentualnie Tego Który Pobawi Się Z Synem (jeśli syna ma, z córką raczej się nie pobawi). Współcześnie, wiele kobiet chce aby mąż/partner uczestniczył w życiu Dziecka, do którego stworzenia w końcu Tatuś się przyczynił. Liczy na więcej, niż Bankomat i Wegetację przed Tv (choć teraz częściej Konsolą), bo wiele z nas taki ojciec po prostu wkurzał. Liczymy na to, że Tata będzie CHCIAŁ być częścią dzieciństwa wspólnego Potomka. Jednak zastanówmy się jak ojciec jest współcześnie przygotowywany do tej roli?

Ojciec często w różnych okolicznościach dowiaduje się od Partnerki o ciąży. Dla niektórych jest to moment wspólnego oczekiwania na dwie kreski, telefon, sms, niespodzianka przy kolacji. Później bywa, ze para idzie wspólnie na pierwsze, lub kolejne USG, Przyszły Tata, może na brzuchu mamy poczuć kopniaki, może uczestniczyć w zajęciach szoły rodzenia., być przy porodzie naturalnym, może kangurować po cesarskim cięciu. Ogólnie Mężczyzna wszystko MOŻE, on sam decyduje jak bardzo się zaangażuje w temat, czy będzie wspólnie wybierał imię,  wyprawkę, model i kolor wózka, czy będzie chciał nosić w chuście. Czy będzie zmieniał pieluchy, czy będzie robił świeżo upieczonej mamie śniadania, czy też będzie Panem i Władcą pilota do telewizora/ pada do konsoli. Kobieta Musi, Mężczyzna Może. Wiele zależy od Partnerki, na ile będzie ona wymagająca, narzucająca, cierpliwa.

Przyszły tata w czasie ciąży i na początku tacierzyństwa, często przechodzi swój kryzys. W różny sposób oswaja się z sytuacją. Bywa, że ma poczucie, że coś się kończy i boi się, że będzie przez Kobietę Jego Życia (jeśli właśnie z taką będzie miał dziecko) zepchnięty na dalszy plan. Kryzys ten ma różny przebieg i niejednokrotnie bywa przez Partnerkę niezauważony i bagatelizowany. Zdarza się, że Przyszły Tata popełnia niegroźny flirt, by udowodnić sobie, że jest jeszcze interesujący dla innych kobiet, a nie staje się tatuśkiem z mięśniem piwnym. Bywa, że częściej potrzebuje pogadać z kolegami przy piwie, zaimprezować. Bywa, ze szuka mocniejszych wrażeń i wpada na głupie pomysły. Bywa, że zamyka się w sobie, jest milczący, unika rozmów o pokoiku dziecięcym, nie angażuje się w kompletowanie wyprawki. Bywa, że ucieka od partnerki na jakiś czas. Dziecko zmienia na zawsze świat obojga rodziców, ale w tej relacji pozycja matki staje się nadrzędna i bardziej widoczna. Ona ma zgagę, pryszcze, a później połóg i wypadające włosy. Zaś przyszły tata przeżywa swoje ciężkie chwile gdzieś w kącie i na swój sposób stara się sprostać zadaniu, często wzbudzając swoimi ruchami agresję partnerki. Ponad to ma swoje potrzeby. jego libido nie jest tak bardzo rozchwiane jak kobiety. Często w okresie ciąży mężczyźni boją się współżyć, by „czegoś nie uszkodzić”, lub po prostu ciężarna jest dla nich obiektem „nieseksualnym”. Nie, że jest nieatrakcyjna, brzydka itd. Po prostu dla wielu mężczyzn, taka kobieta jest nietykalna, choć bywa, że ona ma chcicę jak nigdy i wówczas rodzą się konflikty i kryzysy w związkach, tudzież podejrzenia o zdradę. Po porodzie z tymi prawami jest jeszcze gorzej. Połóg, ogarniecie się w nowej rzeczywistości no i dziecko, które śpiące z rodzicami w jednym pokoju często działa jak żywy środek antykoncepcyjny.

Najważniejszą jednak w tym temacie sprawą, jest relacja Tata – Dziecko. Przy potomku płci męskiej, często ojcom bywa łatwiej. Rolę ojca wyobrażają sobie jako wspólne chodzenie na mecze, kopanie piłki, wyprawy tu i tam. Z córką bywa inaczej, tata widzi siebie raczej jako cenzora przyszłych absztyfikantów, obrońce jej czci i bodyguarda. Niemniej jednak ta relacja bywa dużo trudniejsza.
Bliskość ojca z dzieckiem podlega zazwyczaj ścisłej kontroli matki. To ona wyznacza granicę i zadania ojca wobec dziecka, tak naprawdę wydzielając je z puli swoich własnych. Dobrze jeśli ojciec bierze to na klatę i nie boi się przewijać, kąpać, usypiać, nosić, zabawiać (w tym ojcowie bywają najbardziej kreatywni), zabrać na spacer. Oczywiście bezcennym czasem dla dziecka jest ten spędzony z obojgiem rodziców, ale dobrze jeśli tata ma swoje „podwórko” i się w nim realizuje. Czuje się wówczas ważny i doceniony. Mama nie powinna go krytykować, nawet jeśli koślawo założy pieluchę -przecież może ją dyskretnie poprawić 😉

Tata jest potrzebny i powinien się tak czuć. Nie zastąpi go żadna, nawet najlepsza babcia, czy niania. Jego obecność w życiu dziecka jest praktycznie niezbędna dla jego prawidłowego rozwoju, poczucia bezpieczeństwa i pewności siebie. Zaś mama powinna dbać o to, by nawet jeśli go nie ma w danym momencie, nie czuł się pomijany – robić zdjęcia, filmiki itp. A w domu zachęcać do spędzania czasu z dzieckiem. Jakby nie było dla niej jest to szansa by w końcu odetchnąć.

 

 

Opublikowano:

Jesteś mamą? Wstydź się!

Jeszcze niedawno słowo Mama wymawiane było z szacunkiem. Bycie w ciąży było w społeczeństwie rozumiane jako stan Błogosławiony, na matkę z wózkiem patrzyło się z uśmiechem, a na obecnego w nim bobasa z rozczuleniem. W tech chwili coś się zmieniło, coś pękło. Ciężarna, to w najlepszym wypadku rozkładająca nogi latawica, kobieta lekkich obyczajów, zbrzuchacona, która miała „nie dawać, to nie miałaby problemu”. Nie jedna „sympatyczna inaczej” staruszka, albo pani w średnim wieku przed wejściem do autobusu, widząc ciężarną włącza piąty bieg. Mnie osobiście, już w zaawansowanej ciąży, pewien niepełnosprawny prawie nie zepchnął pod tramwaj.
Odnoszę wrażenie, że bycie w tych czasach matką to wstyd. Na facebooku powstają antymatkowe ruchy, o „Bece z mamuś na forach”, było podobno nawet w tv (nie wiem, nie mam telewizora). Na piekielnych.pl najlepiej się „sprzedają” historie o „matkach roku”, najbardziej hejtowane są „żale znudzonych mamusiek”. Ogólnie rzecz biorąc społeczeństwo chyba uważa, że kobieta podczas zapłodnienia, a później porodu przechodzi lobotomie i staje się półczłowiekiem. Dziecko, to już nie dzidziuś, bobas, bąbel. Gdzie tam! Dziecko to „gówniak”, „gównojad” (nie wiem, jak ten co to określenie wymyślił i ci co powtarzają, w tym okresie, ale moje dziecko je głównie mleko z mojej piersi, a „gówno” ląduje w pieluszce), bachor, szczyl itp. Każdy „gówniak”, jest obowiązkowo produktem puszczania się i dawania, zakompleksionej idiotki bez celu w życiu, która w ciąży ma powód by się obżerać, a po porodzie jest zapuszczoną, śmierdzącą bełtem, kretynką.
Matka (szczególnie karmiąca), ma obowiązkowo siedzieć w domu, a w czasie snu dziecka ściągać pokarm laktatorem jakby przypadkiem chciała wyjść z „gówniakiem” z domu. Bo publicznie karmić piersią nie wolno. Wówczas „szczujesz” cycem innych facetów, cudzych mężów, dziadków. Ba! Inne dzieci! Bo mali chłopcy nie mogą patrzeć na karmiący dziecko biust. Nie masz na tyle  mleka? Siedź w domu! Albo dokarmiaj mlekiem modyfikowanym na spacerach, od tego nikt nie umarł! Co z tego, że dziecko może być niebutelkowe, co z tego, że nie chcesz dokarmiać mlekiem modyfikowanym. Wg. większości społeczeństwa, to Twój problem i masz się dostosować. Karmić piersią na ulicy, to wstyd, hańba i jeszcze ujma! Jest jeszcze jeden mityczny minus karmienia piersią na dworze – wiosną. jesienią, zimą i w chłodniejsze dni lata obniżasz temperaturę mleka i dziecko będzie robiło zielone kupy, a w ciepłe dni lata, będziesz podgrzewać i ci skiśnie, tak samo po bieganiu 😀 (to oczywiście bzdury!).
A co jeśli „gówniak” na spacerze będzie wymagał przewinięcia? To już tragedia straszna! Nie zapominaj, że wszyscy dookoła jedzą, wszędzie na Twój wózek czyhają pedofile i ich zboczone oko na pewno wyposażone jest noktowizor prześwietlający wózek (jeśli przewijasz w gondoli), albo inną osłonkę, np. którą zarzucisz na ławkę. Ogólnie przewijanie na dworze to ZŁO.
Odnoszę wrażenie, że określenie Matka, jest obecnie synonimem osoby upośledzonej społecznie, roszczeniowej paniusi, która zajmuje w autobusie miejsca stojące (zawsze trafia mi się ktoś mniej lub bardziej oburzony, że zabieram mu przestrzeń w miejscu dla (no właśnie!) wózków). Zawsze jakaś starsza lub młodsza pani musi skomentować fakt, ze karmię córkę w parku i to zazwyczaj przy placu zabaw – staram się zasłaniać otulaczem, ale nie zawsze się to młodej podoba. Przewijanie w gondoli było proste, a teraz głównie nosząc w chuście, lub wożąc w spacerówce kubełkowej, takie przewijanie nie jest możliwe. W parku staram się osłaniać młodą chustą, by zachować maksimum intymności, jednak czasem i takie rozwiązanie spotyka się z krytyką, bo jak tak można.
Oczywiście, ze znajdą się matki – świnki, co rozrzucają w okół siebie pudełka po deserkach, zużyte pieluchy rzucają w krzaki, ale przepraszam bardzo! Ile razy w takich miejscach można znaleźć zużyte prezerwatywy, tampony, czy podpaski? Dlaczego nikomu nie przeszkadzają walające się wszędzie butelki po piwie, nieraz rozbite, albo zakopane w piasku na placu zabaw? Raczej nie są to fanty pozostawione przez mamuśki rozkrzyczanych „gówniaków”. Inna sprawa to sensacja jaką budzi sam fakt naszego pojawienia się w sklepie innym niż dziecięcy, czy drogeria. W kawiarni, czy restauracji zazwyczaj obecność matek z dziećmi jest traktowana jako oderwana od rzeczywistości i zło konieczne. Nie mówiąc o tym, że nawet dyskretna próba karmienia, czy przewinięcia (przy braku przewijaka) w takim miejscu, jest szeroko komentowana. Oprócz tego doczekaliśmy czasów, gdzie karmienie piersią jest porównywane do wydalania, a matki często z niego rezygnują, bo to uwiązanie, bo cyc nie będzie jędrny i dumnie sterczał. Przedkładamy naturę nad seksualność i możliwość szybszego powrotu na siłownię. Nie mówię tu o wszystkich mamach karmiących mlekiem modyfikowanym, bo czasami sytuacja nie pozwala inaczej. Jednak mamuśka, która podejmuje taką decyzję z pobudek osobistych fanaberii, albo buntu „dam butlę, bo jest nacisk na karmienie piersią, a ja nie lubię jak się mnie zmusza”, jest skrajną egositką i to ona, a nie mama, która używa cycka do tego, do czego został stworzony, powinna być krytykowana.
Niestety bardzo modne stało się dowalanie matkom. Jasne, niektóre się o to proszą, ale ludzie nakręceni „Beką z mamuś…”, piekielnymi, czy szeroko ostatnio komentowanym wydarzeniem na fb „Nie zostanę matka/ojcem w 2015 roku”, szukają sensacji i sami prowokują sytuacje, gdzie można potencjalnej „Mamuśce” dowalić, albo nazwać ją „Matką roku”. Jasne, ze są kretynki,od Brajanków, Rajanków i innych Sajmonków, wychowywanych bezstresowo przez babcie, bo mamuśka szuka kolejnego tatusia, który ją przytuli, bo przecież „musi mieć coś z życia i niedługo zarośnie i będzie jak dziewica”. Są podsklepowe żulietty z piwem w zaawansowanej ciąży i z obowiązkowym papierosem, które powinny być piętnowane. Jednak są też, a może nawet przede wszystkim, matki normalne, których społeczeństwo się czepia za to, że są i doszukuje się sensacji tam gdzie jej nie ma. Każdy ma lub miał jakąś matkę, która przecież chodziła w ciąży, niejedna karmiła piersią, niejedna musiała przewijać w niekomfortowych warunkach, czy tuliła w parku rozpłakanego berbecia, którym byłeś TY. Takie sytuacje są wpisane w macierzyństwo. Więc jeśli jeszcze raz będziesz komentował matkę karmiącą piersią na ulicy, będziesz zaglądał przez ramię, czy przypadkiem nie przewija swojego „gówniaka”, albo będziesz udawał, że nie widzisz kobiety próbującej się wtarabanić z wózkiem do autobusu, albo po schodach – spójrz na nią i pomyśl o swojej matce. A tak w ogóle, czy ona Ciebie też nazywała „Gówniakiem”?

Opublikowano:

Zdrowo, smacznie i… antydepresyjnie

Już grecki filozof Sokrates powiedział bardzo mądre zdanie, o którym niestety współcześni producenci żywności, albo nie słyszeli, albo zapomnieli: NIECH ŻYWNOŚĆ BĘDZIE TWOIM LEKIEM, A LEK TWOJĄ ŻYWNOŚCIĄ. Gdyby tak nie było, to ludzkość prawdopodobnie dawno by wyginęła, w końcu człowiek od ery kamienia łupanego, poprzez starożytności do okolic XIX/XXw nie mógł sobie iść do apteki po vademecum na swędzące stopy, niespokojne nogi, nadwagę, czy kuku i dwa boloki, Owszem od wieków znane było ziołoloczenictwo, na którym opiera się współczesna farmacja, jednak mimo wszystko dużą wagę przywiązywano do jakości żywności i tego co się spożywa, Nie dzieliło się żywności na konwencjonalną i ekologiczną, a termin żywność prozdrowotna nie istniał, bo w zasadzie tylko z taką żywnością człowiek miał do czynienia.

Jednak dzisiaj nie o tym. Dziś chciałam Wam przedstawić antydepresanty, które można położyć na swoim talerzu, za w sumie niewielkie pieniądze, a jeśli ktoś się zna, to i za zupełną darmochę 😉

Pierwszym przedstawicielem naturalnych antydepresantów, jest SOCZEWICA. A w zasadzie ZIARNA SOCZEWICY

soczewica

Ziarna rośliny doskonale znanej wegetarianom i osobom namiętnie się odchudzającym. Tak się składa, że soczewica, nie dość, że smaczna, bardzo uniwersalna i niewymagająca tak długiego namaczania przed obróbką jak groch, to charakteryzuje się niską kalorycznością, bardzo dobrym składem białka (zawiera prawie wszystkie aminokwasy egzogenne, czyli te, których nasz organizm nie wytwarza, a potrzebuje do prawidłowego funkcjonowania) – tylko nieco tylko lepsza pod tym względem jest soja. Oprócz tego jest syta – zawdzięcza to dużej zawartości błonnika pokarmowego, zawiera wiele makro i mikroelementów oraz flawonoidy chroniące naczynia krwionośne. Już sam fakt spożywania smacznej potrawy, która nas nasyci i nie sprawi, że przybędzie nam fałdek na brzuchu i w biodrach, powinien działaś antydepresyjnie, ale jest jeszcze coś – 100 g ziaren soczewicy zawiera,  215 mg L-tryptofanu, aminokwasu szczęścia, którego niedobór często jest łączony ze stanami obniżonego nastroju – czyli zwyczajnego doła. Aminokwas ten zawarty jest również w: nasionach soi, orzechach ziemnych (w tym w maśle orzechowym, ale naturalnym), fasoli czerwonej, nasionach słonecznika, dyni i sezamu; jajkach kurzych, serach (cheddar, parmezan, szwajcar) i drożdżach piwnych W czym, w takim razie jest lepsza soczewica od pozostałych wymienionych produktów? Jest spośród nich najmniej kaloryczna (stosunek ilości L-tryptofanu, na gram soczewicy)!

Kolejnym przedstawicielem jedzeniowych antydepresantów są… i tu nie małe zaskoczenie GRZYBY!

grzyby

 

Grzyby choć w rodzimej kuchni są dobrze znane, to jednak bardziej od strony pieczarek, czasem boczniaka, bardziej wyrafinowani zajadają się w chińskich restauracjach wariacjami na temat Shii-take, czyli twardziaka jadalnego. Ci bardziej rodzinni nie pogardzą późnoletnio-jesienną zupą grzybową z podgrzybka, albo jajecznicą z maślakami (mniam!).
Wiecie, że Polska jest jednym z nielicznych krajów, gdzie zbieranie grzybów jest tak bardzo popularne? W innych krajach – np. w Niemczech, w lasach jest zatrzęsienie grzybów, a praktycznie nikt ich nie zbiera!
O grzybach to ja bym mogła bez końca, ale powiem Wam, że choć są one znane ze swoich walorów smakowo-zapachowych, to pod względem wartości odżywczych są bardzo niedoceniane.
Pamiętam jak na biologii w liceum, przy okazji grzybów, nauczycielka powiedziała, że są bezwartościowe, właściwie sama chityna i woda, a do tego ciężkostrawne i obciążają wątrobę. Więc jeśli Wasze nauczycielki też tak mówiły, to bardzo się zdziwicie.

Grzyby w wielu krajach są nazywane mięsem lasu, gdyż zawierają (w zależności od gatunku) praktycznie wszystkie aminokwasy egzogenne, o których wspominałam przy okazji soczewicy (Borowik szlachetny zawiera wszystkie). Zawierają wszystkie witaminy z grupy B, w tym najwięcej witaminy B1, witaminę E, są też bardzo zasobne w witaminę D i jej prowitaminę ergosterol. Oprócz tego zawierają szereg związków przeciwnowotworowych, mnóstwo błonnika pokarmowego, w tym frakcji beta-glukanów, które głównie oczyszczają naczynia krwionośne ze złogów złego choresterolu i triglicerydów. I jeszcze przedostatnia ciekawostka – beta-glukany twardziaka jadalnego wspomagają odporność u osób, które są nosicielami wirusa HIV.

Miało być jednak o działaniu antydepresyjnym. Otóż grzyby zawierają bardzo ciekawy związek – L- ergotioneinę (L-ergothioneine), należy on do grupy antyoksydantów. Poza działaniem antydepresyjnym, wykazuje działanie przeciwnowotworowe oraz chroni wątrobę przed uszkodzeniami, oraz oczy przed powstawaniem zaćmy.

Zatem polecam jeść grzyby! Pamiętajmy jednak, że dzieci do 3, a najlepiej 5 roku życia, ze względu na niewykształcone do końca procesy enzymatyczne, nie powinny ich spożywać 🙂