Opublikowano:

Blisko Taty

Kobieta na wejście w rolę matki jest przez naturę skrupulatnie przygotowywana. Najpierw chcemy być matkami, gdzieś tam od czasu do czasu odzywa się „zegar biologiczny”, który sprawia, że większość z nas łapie się na tym, że śni o dziecku, ciąży, rozpływa się nad napotkanymi dziećmi, zazdrości ciężarnym ich rosnących brzuszków. Później jest ciąża – tu zaczyna się jazda bez trzymanki. Najpierw mdłości, przemożna chęć przycinania komara, stres przed każdym USG, oczekiwanie na ruchy dziecka, ich liczenie, badania prenatalne, rosnący brzuszek, oczekiwanie na poród i w końcu macierzyństwo. Często jednak zapominamy, że w tym wszystkim jest jeszcze TATA.

Lata 70′ i 80′ XX w. sprowadziły rolę ojca, do Tego Który Zarabia Na Dom (współcześnie zwana Rolą Bankomatu), Tego Co Siedzi Przed TV lub Z GAZETĄ, ewentualnie Tego Który Pobawi Się Z Synem (jeśli syna ma, z córką raczej się nie pobawi). Współcześnie, wiele kobiet chce aby mąż/partner uczestniczył w życiu Dziecka, do którego stworzenia w końcu Tatuś się przyczynił. Liczy na więcej, niż Bankomat i Wegetację przed Tv (choć teraz częściej Konsolą), bo wiele z nas taki ojciec po prostu wkurzał. Liczymy na to, że Tata będzie CHCIAŁ być częścią dzieciństwa wspólnego Potomka. Jednak zastanówmy się jak ojciec jest współcześnie przygotowywany do tej roli?

Ojciec często w różnych okolicznościach dowiaduje się od Partnerki o ciąży. Dla niektórych jest to moment wspólnego oczekiwania na dwie kreski, telefon, sms, niespodzianka przy kolacji. Później bywa, ze para idzie wspólnie na pierwsze, lub kolejne USG, Przyszły Tata, może na brzuchu mamy poczuć kopniaki, może uczestniczyć w zajęciach szoły rodzenia., być przy porodzie naturalnym, może kangurować po cesarskim cięciu. Ogólnie Mężczyzna wszystko MOŻE, on sam decyduje jak bardzo się zaangażuje w temat, czy będzie wspólnie wybierał imię,  wyprawkę, model i kolor wózka, czy będzie chciał nosić w chuście. Czy będzie zmieniał pieluchy, czy będzie robił świeżo upieczonej mamie śniadania, czy też będzie Panem i Władcą pilota do telewizora/ pada do konsoli. Kobieta Musi, Mężczyzna Może. Wiele zależy od Partnerki, na ile będzie ona wymagająca, narzucająca, cierpliwa.

Przyszły tata w czasie ciąży i na początku tacierzyństwa, często przechodzi swój kryzys. W różny sposób oswaja się z sytuacją. Bywa, że ma poczucie, że coś się kończy i boi się, że będzie przez Kobietę Jego Życia (jeśli właśnie z taką będzie miał dziecko) zepchnięty na dalszy plan. Kryzys ten ma różny przebieg i niejednokrotnie bywa przez Partnerkę niezauważony i bagatelizowany. Zdarza się, że Przyszły Tata popełnia niegroźny flirt, by udowodnić sobie, że jest jeszcze interesujący dla innych kobiet, a nie staje się tatuśkiem z mięśniem piwnym. Bywa, że częściej potrzebuje pogadać z kolegami przy piwie, zaimprezować. Bywa, ze szuka mocniejszych wrażeń i wpada na głupie pomysły. Bywa, że zamyka się w sobie, jest milczący, unika rozmów o pokoiku dziecięcym, nie angażuje się w kompletowanie wyprawki. Bywa, że ucieka od partnerki na jakiś czas. Dziecko zmienia na zawsze świat obojga rodziców, ale w tej relacji pozycja matki staje się nadrzędna i bardziej widoczna. Ona ma zgagę, pryszcze, a później połóg i wypadające włosy. Zaś przyszły tata przeżywa swoje ciężkie chwile gdzieś w kącie i na swój sposób stara się sprostać zadaniu, często wzbudzając swoimi ruchami agresję partnerki. Ponad to ma swoje potrzeby. jego libido nie jest tak bardzo rozchwiane jak kobiety. Często w okresie ciąży mężczyźni boją się współżyć, by „czegoś nie uszkodzić”, lub po prostu ciężarna jest dla nich obiektem „nieseksualnym”. Nie, że jest nieatrakcyjna, brzydka itd. Po prostu dla wielu mężczyzn, taka kobieta jest nietykalna, choć bywa, że ona ma chcicę jak nigdy i wówczas rodzą się konflikty i kryzysy w związkach, tudzież podejrzenia o zdradę. Po porodzie z tymi prawami jest jeszcze gorzej. Połóg, ogarniecie się w nowej rzeczywistości no i dziecko, które śpiące z rodzicami w jednym pokoju często działa jak żywy środek antykoncepcyjny.

Najważniejszą jednak w tym temacie sprawą, jest relacja Tata – Dziecko. Przy potomku płci męskiej, często ojcom bywa łatwiej. Rolę ojca wyobrażają sobie jako wspólne chodzenie na mecze, kopanie piłki, wyprawy tu i tam. Z córką bywa inaczej, tata widzi siebie raczej jako cenzora przyszłych absztyfikantów, obrońce jej czci i bodyguarda. Niemniej jednak ta relacja bywa dużo trudniejsza.
Bliskość ojca z dzieckiem podlega zazwyczaj ścisłej kontroli matki. To ona wyznacza granicę i zadania ojca wobec dziecka, tak naprawdę wydzielając je z puli swoich własnych. Dobrze jeśli ojciec bierze to na klatę i nie boi się przewijać, kąpać, usypiać, nosić, zabawiać (w tym ojcowie bywają najbardziej kreatywni), zabrać na spacer. Oczywiście bezcennym czasem dla dziecka jest ten spędzony z obojgiem rodziców, ale dobrze jeśli tata ma swoje „podwórko” i się w nim realizuje. Czuje się wówczas ważny i doceniony. Mama nie powinna go krytykować, nawet jeśli koślawo założy pieluchę -przecież może ją dyskretnie poprawić 😉

Tata jest potrzebny i powinien się tak czuć. Nie zastąpi go żadna, nawet najlepsza babcia, czy niania. Jego obecność w życiu dziecka jest praktycznie niezbędna dla jego prawidłowego rozwoju, poczucia bezpieczeństwa i pewności siebie. Zaś mama powinna dbać o to, by nawet jeśli go nie ma w danym momencie, nie czuł się pomijany – robić zdjęcia, filmiki itp. A w domu zachęcać do spędzania czasu z dzieckiem. Jakby nie było dla niej jest to szansa by w końcu odetchnąć.

 

 

Opublikowano:

Jesteś mamą? Wstydź się!

Jeszcze niedawno słowo Mama wymawiane było z szacunkiem. Bycie w ciąży było w społeczeństwie rozumiane jako stan Błogosławiony, na matkę z wózkiem patrzyło się z uśmiechem, a na obecnego w nim bobasa z rozczuleniem. W tech chwili coś się zmieniło, coś pękło. Ciężarna, to w najlepszym wypadku rozkładająca nogi latawica, kobieta lekkich obyczajów, zbrzuchacona, która miała „nie dawać, to nie miałaby problemu”. Nie jedna „sympatyczna inaczej” staruszka, albo pani w średnim wieku przed wejściem do autobusu, widząc ciężarną włącza piąty bieg. Mnie osobiście, już w zaawansowanej ciąży, pewien niepełnosprawny prawie nie zepchnął pod tramwaj.
Odnoszę wrażenie, że bycie w tych czasach matką to wstyd. Na facebooku powstają antymatkowe ruchy, o „Bece z mamuś na forach”, było podobno nawet w tv (nie wiem, nie mam telewizora). Na piekielnych.pl najlepiej się „sprzedają” historie o „matkach roku”, najbardziej hejtowane są „żale znudzonych mamusiek”. Ogólnie rzecz biorąc społeczeństwo chyba uważa, że kobieta podczas zapłodnienia, a później porodu przechodzi lobotomie i staje się półczłowiekiem. Dziecko, to już nie dzidziuś, bobas, bąbel. Gdzie tam! Dziecko to „gówniak”, „gównojad” (nie wiem, jak ten co to określenie wymyślił i ci co powtarzają, w tym okresie, ale moje dziecko je głównie mleko z mojej piersi, a „gówno” ląduje w pieluszce), bachor, szczyl itp. Każdy „gówniak”, jest obowiązkowo produktem puszczania się i dawania, zakompleksionej idiotki bez celu w życiu, która w ciąży ma powód by się obżerać, a po porodzie jest zapuszczoną, śmierdzącą bełtem, kretynką.
Matka (szczególnie karmiąca), ma obowiązkowo siedzieć w domu, a w czasie snu dziecka ściągać pokarm laktatorem jakby przypadkiem chciała wyjść z „gówniakiem” z domu. Bo publicznie karmić piersią nie wolno. Wówczas „szczujesz” cycem innych facetów, cudzych mężów, dziadków. Ba! Inne dzieci! Bo mali chłopcy nie mogą patrzeć na karmiący dziecko biust. Nie masz na tyle  mleka? Siedź w domu! Albo dokarmiaj mlekiem modyfikowanym na spacerach, od tego nikt nie umarł! Co z tego, że dziecko może być niebutelkowe, co z tego, że nie chcesz dokarmiać mlekiem modyfikowanym. Wg. większości społeczeństwa, to Twój problem i masz się dostosować. Karmić piersią na ulicy, to wstyd, hańba i jeszcze ujma! Jest jeszcze jeden mityczny minus karmienia piersią na dworze – wiosną. jesienią, zimą i w chłodniejsze dni lata obniżasz temperaturę mleka i dziecko będzie robiło zielone kupy, a w ciepłe dni lata, będziesz podgrzewać i ci skiśnie, tak samo po bieganiu 😀 (to oczywiście bzdury!).
A co jeśli „gówniak” na spacerze będzie wymagał przewinięcia? To już tragedia straszna! Nie zapominaj, że wszyscy dookoła jedzą, wszędzie na Twój wózek czyhają pedofile i ich zboczone oko na pewno wyposażone jest noktowizor prześwietlający wózek (jeśli przewijasz w gondoli), albo inną osłonkę, np. którą zarzucisz na ławkę. Ogólnie przewijanie na dworze to ZŁO.
Odnoszę wrażenie, że określenie Matka, jest obecnie synonimem osoby upośledzonej społecznie, roszczeniowej paniusi, która zajmuje w autobusie miejsca stojące (zawsze trafia mi się ktoś mniej lub bardziej oburzony, że zabieram mu przestrzeń w miejscu dla (no właśnie!) wózków). Zawsze jakaś starsza lub młodsza pani musi skomentować fakt, ze karmię córkę w parku i to zazwyczaj przy placu zabaw – staram się zasłaniać otulaczem, ale nie zawsze się to młodej podoba. Przewijanie w gondoli było proste, a teraz głównie nosząc w chuście, lub wożąc w spacerówce kubełkowej, takie przewijanie nie jest możliwe. W parku staram się osłaniać młodą chustą, by zachować maksimum intymności, jednak czasem i takie rozwiązanie spotyka się z krytyką, bo jak tak można.
Oczywiście, ze znajdą się matki – świnki, co rozrzucają w okół siebie pudełka po deserkach, zużyte pieluchy rzucają w krzaki, ale przepraszam bardzo! Ile razy w takich miejscach można znaleźć zużyte prezerwatywy, tampony, czy podpaski? Dlaczego nikomu nie przeszkadzają walające się wszędzie butelki po piwie, nieraz rozbite, albo zakopane w piasku na placu zabaw? Raczej nie są to fanty pozostawione przez mamuśki rozkrzyczanych „gówniaków”. Inna sprawa to sensacja jaką budzi sam fakt naszego pojawienia się w sklepie innym niż dziecięcy, czy drogeria. W kawiarni, czy restauracji zazwyczaj obecność matek z dziećmi jest traktowana jako oderwana od rzeczywistości i zło konieczne. Nie mówiąc o tym, że nawet dyskretna próba karmienia, czy przewinięcia (przy braku przewijaka) w takim miejscu, jest szeroko komentowana. Oprócz tego doczekaliśmy czasów, gdzie karmienie piersią jest porównywane do wydalania, a matki często z niego rezygnują, bo to uwiązanie, bo cyc nie będzie jędrny i dumnie sterczał. Przedkładamy naturę nad seksualność i możliwość szybszego powrotu na siłownię. Nie mówię tu o wszystkich mamach karmiących mlekiem modyfikowanym, bo czasami sytuacja nie pozwala inaczej. Jednak mamuśka, która podejmuje taką decyzję z pobudek osobistych fanaberii, albo buntu „dam butlę, bo jest nacisk na karmienie piersią, a ja nie lubię jak się mnie zmusza”, jest skrajną egositką i to ona, a nie mama, która używa cycka do tego, do czego został stworzony, powinna być krytykowana.
Niestety bardzo modne stało się dowalanie matkom. Jasne, niektóre się o to proszą, ale ludzie nakręceni „Beką z mamuś…”, piekielnymi, czy szeroko ostatnio komentowanym wydarzeniem na fb „Nie zostanę matka/ojcem w 2015 roku”, szukają sensacji i sami prowokują sytuacje, gdzie można potencjalnej „Mamuśce” dowalić, albo nazwać ją „Matką roku”. Jasne, ze są kretynki,od Brajanków, Rajanków i innych Sajmonków, wychowywanych bezstresowo przez babcie, bo mamuśka szuka kolejnego tatusia, który ją przytuli, bo przecież „musi mieć coś z życia i niedługo zarośnie i będzie jak dziewica”. Są podsklepowe żulietty z piwem w zaawansowanej ciąży i z obowiązkowym papierosem, które powinny być piętnowane. Jednak są też, a może nawet przede wszystkim, matki normalne, których społeczeństwo się czepia za to, że są i doszukuje się sensacji tam gdzie jej nie ma. Każdy ma lub miał jakąś matkę, która przecież chodziła w ciąży, niejedna karmiła piersią, niejedna musiała przewijać w niekomfortowych warunkach, czy tuliła w parku rozpłakanego berbecia, którym byłeś TY. Takie sytuacje są wpisane w macierzyństwo. Więc jeśli jeszcze raz będziesz komentował matkę karmiącą piersią na ulicy, będziesz zaglądał przez ramię, czy przypadkiem nie przewija swojego „gówniaka”, albo będziesz udawał, że nie widzisz kobiety próbującej się wtarabanić z wózkiem do autobusu, albo po schodach – spójrz na nią i pomyśl o swojej matce. A tak w ogóle, czy ona Ciebie też nazywała „Gówniakiem”?

Opublikowano:

Mama kocha bardziej…

Słowo „Mama”, to tak naprawdę studnia bez dna. Opowiada o tym wierszyk Czesława Kuriaty „Ile zawodów ma mama”. Jest praczką, sprzątaczką, kucharką, lekarzem, przewodnikiem, nauczycielem, mama wie wszystko, mama umie wszystko…. Tyle w dzieciństwie, bo później okazuje się, że mama już nie jest taka mądra, nie wie wszystkiego, jej autorytet zostaje zachwiany, następnie staje się wrogiem, później może stać się przyjacielem, opoką, obcą osobą, ciężarem… lub nadal być wrogiem… To już zależy od tego jak się ułożą relacje matka-dziecko, od błędów jakie popełnimy. To kim będziemy dla naszych dzieci zależy i będzie zależało od nas samych. Ja o tym myślę codziennie. „Spieszmy się kochać i cieszyć noworodkiem, tak szybko dorasta” chciało by się rzec.

Ale kim jest dziecko dla matki? Czy naprawdę potrafimy kochać od razu? Gdzieś przeczytałam, że praktycznie żadna matka nie kocha swojego dziecka tak od pierwszego wejrzenia, choć w ciąży wydaje się nam, że kochamy od 2 kreseczek na teście, pierwszych mdłości (jak to niektórzy nazywają „rzygać z miłości”), od pierwszego USG, czy pierwszego kopniaka.
Osobiście pamiętam, że czułam niesamowite rozczulenie tą maleńką istotką, którą mi pokazano zaraz po cesarskim cięciu. Jak ją zabrali do kangurowania, to czułam ogromny niepokój i chciałam już – teraz – natychmiast zejść ze stołu i pobiec do małej. Tak, czułam ogromną ciekawość, jak wygląda, jak pachnie, jaka jest w dotyku. Kiedy po zacerowaniu mojego brzucha, przewieźli mnie na salę i po chwili dostałam małą na pierś byłam przeszczęśliwa, że jest cała i zdrowa, że oddycha, że szuka piersi, że Jest. Leżała sobie na mnie, taka mała cieplutka totalnie bezbronna istotka, Mąż robił nam zdjęcia, a głównie jej, dla mnie, bo po cc nie mogłam schylać głowy i dla mnie rzeczywistość przerosła wszelkie oczekiwania. Później ją zabrali, żeby ją wykąpać i ubrać, co mi się nie podobało, ale zaraz dostałam maleńką z powrotem. I tak do pionizacji. Po niej znowu dostałam mała, ale na krótko, zabrali ją na noc, a ja się o nią bałam i nie spałam.

Następnego dnia było jeszcze błogo. Mózg chyba zużywał adrenalinę, co prawda po nieprzespanej nocy podsypiałam. Mała ulewała wodami, więc jak spała musiała być w tym jeżdżącym łóżeczku. Z radością zmieniłam pierwszego pampersa, przystawiałam maleńką. Banan nie schodził mi z twarzy. Trzeciego dnia zaczęły się jazdy – kortyzol zaczął robić swoje, mleko z piersi nie leciało specjalnie, nikt nie mówił, że tak ma być – bo po co? Coś tam leci – pokarm jest można karmić. Ale sąsiadce z tygodniowym brzdącem leci jak szalone, a mi nie! Jestem złą matką, co dziecka wykarmić nie może. Męczyłam się całą noc, Mała ssała 50 min, spała 10 i wyła na nowo i tak się męczyłam od 22 do piątej rano. Miałam żal do siebie, że jestem do dupy. Oni chyłkiem mi dziecko dokarmiali mm, a przed wypisem ja przyrządzałam swoje i też dokarmiałam. Według mnie w piersiach były pustki – no bo jak to? Odciągnęłam tylko 20 ml (nikt nie mówił, ze tak ma być, że tyle starczy, a mała wisząc rozkręca laktacje). Marzyłam tylko o tym, żeby opuścić ten szpital. Jak nastał ten czas, rączo z Małżem pozbieraliśmy naszą Sajgonkę, wypis w dłoń, dawaj do apteki po Clexane i do domku. Z racji posiadania zwierza, pomni porad, żeby przed wejściem Maleństwa, zwierza z domu wyprowadzić, z Sajgonką do domu weszłam sama. Ta słodko spała do momentu położenia jej na przewijak. Ja emocjonalna dentka, bez wsparcia Małża za plecami doświadczyłam totalnego eksplodowania Sajgonki, która była uprzejma się zrzygać, zesrać po pachy, a ja głupia jak but, ubrałam ją w w szpitalu w bodziaka wkładanego przez głowę, chyba tylko po to, żeby sobie życie utrudnić. Miałam ochotę zrobić jedno – spakować ją do fotelika i wrócić do szpitala z reklamacją. Bo to nie tak miało być, stwierdziłam jednak, że chyba mili Państwo Lekarze i spółka uznali by mnie za pociupcianą jeszcze bardziej niż byłam w tamtej chwili, więc spięłam się w sobie i z łzami lejącymi się po twarzy, oporządziłam maleństwo. Dokonałam bezowocnej próby przystawienia, podałam szpitalne mleko modyfikowane (bo nie poczytałam, że ma to ledwo 30 min przydatności do spożycia), Sajgonka uroczo odpłynęła. Resztę pamiętam jakby to był film. Przysypiałam, śniły mi się non stop koszmary, głupoty, budziłam się zlana potem, patrzyłam na tego małego śpiącego człowieka i…. zastanawiałam się po co mi to było? Teraz Małż będzie mnie mniej kochał. Pewnie mnie zostawi, bo wyglądam jak wyglądam, a on Młody Bóg. Pewnie ją ktoś skrzywdzi, bo jej nie dopilnuję, a teraz tylu zwyrodnialców i pedofili na świecie. Pewnie ja ją skrzywdzę, bo przecież ja to ja. Nie poradzę sobie. Nie pokocham jej tak mocno jak na to zasługuje. Minęła ciekawość, minęła euforia, cycki wciąż nie działały, ja noce spędzałam z laktatorem i na mysleniu w powyższy deseń. Śniło mi się, że ona umiera, że przychodzi mój były, mi ją zabiera i chowa. Że mój mąż odchodzi ze swoją byłą zabierając mi dziecko. Że mój ojciec przez przypadek skręca małej zabardzo szyjkę, powodując skręcenie karku. Mimo, że wiedziałam, że to Baby Blues, to i tak szukałam psychologa i psychiatry. Pomogło oglądanie przyjaciół i bierzących polskich seriali podczas karmienia. Bo laktacja po 4, czy 5 dobie w końcu odpowiednio ruszyła. Trwało to do pewnego momentu. Małż poszedł się kąpać,. Sajgonka spała, a ja sobie na nią patrzyłam, znowu myśląc „na co mi to było?” Choć nie było źle, jak odstawiłam nabiał, to objawy kolki ustąpiły, więc miałam Złote Dziecko – płacze tylko na jedzenie, zmianę pieluchy i śpi. Na dodatek budzi się jak z zegarkiem w ręku do 4 godziny. Ale wracając – patrzę sobie i głupio myślę, a tu nagle Maleńka się budzi i zaczyna ulewać, ale tak, ze leciało i buzią i nosem, a ona nie mogła złapać tchu! Szybko ją odwróciłam, położyłam na przedramieniu i oklepywałam plecki dłonią złożoną w łódkę. Mała odkaszlnęła, poszła spać dalej, a ja wyłam jak głupia, że mogło by jej nie być, że co ja bym zrobiła bez niej? Wtedy przeszło mi połowicznie. Faktycznie mi przeszło, jak podobna akcja trwała prawie 10 min, mała się tak zakrztusiła, że Mąż wezwał karetkę. Od tamtego czasu ja nie mogę w nocy spać, monitor oddechu stał się naszym członkiem rodziny, a ja wiem, że kocham ją najbardziej. Te dwie, może i dla niektórych błahe sytuacje nauczyły mnie kochać swoje dziecko. Nie jest to miłość łatwa, bo zawsze lubiłam spać do godzin nieprzyzwoitych, prowadząca aktywny tryb życia, lubiąca sobie zjeść na mieście, spotkać ze znajomymi kobieta, stałam się niewolnicą Maleńkiej Istotki, której najlepiej spi się na moich piersiach (jak ja za tym tęsknie!), później rękach, a teraz obok, trzymając rączką moją rękę. Ja, Pani Naukowiec, jeżdżąca sobie na konferencje, siedząca po nocach w laboratorium, robiąca kursy, szkolenia, prowadząca wykłady, promotor żywności prozdrowotnej, zamieniłam takie życie na domowe kapcie, pieluchy i pilnowanie by dziecko sobie krzywdy nie zrobiło (no dobra, na szkolenia i jedną konferencję się wybieram;). Zamiast pisać doktorat, piszę „blogaska” o narodzinach matczynej miłości. Pamiętam jak na rozmowie w sprawie doktoratu, powiedziała przyszłej promotorce, że „chcę zrobić doktorat, bo niespełniona matka, to nieszczęśliwe dziecko”, a teraz po prawie 7 miesiącach słodkiej niewoli, wiem, że jestem spełniona, nawet bez dr przed nazwiskiem. Sajgonka to dla mnie cud, choć uczyniła z mego życia istny Sajgon. 
Jako Matka kocham bardziej… Bardziej, no nikomu innemu nie pozwoliłabym pogryźć swoich brodawek do krwi, ciągnąć się za włosy, gryźć nosa z obowiązkowo wczepionymi we włosy rączkami (zaskakująco silnymi), wsadzać sobie palców do oka, buzi, ciągnąć za uszy, skakać po brzuchu i klatce piersiowej, budzić mnie kopniakiem między łopatki. Nikogo innego nie nosiłabym na rękach 3 kilometrów (przed epoką chustonoszenia). Dla nikogo nie czuwałabym tyle nocy, nie wyskakiwałabym z wanny, na „głodne marudzenie”, nie wymyślała codziennie nowych potraw. Przyznam szczerze – dla nikogo nie przeorganizowałabym bez żalu swojego życia od fundamentów. Dla nikogo bym nie „dojrzała” i skrupulatnie nie przeliczała sił na zamiary biorąc się za cokolwiek. Teraz jest Sajgonka, a potem My, ona Musi, a My- Możemy. Mały Człowiek – Wielka Zmiana. 

Wiem, ze nie odkrywam Ameryki, każda matka ma swoją historię, jeśli chcecie się nią podzielić, to proszę o maile na bm@blisko-mamy.pl w tytule wpisując „moja historia”.

11742709_866057986811808_1617769463427594717_n