Opublikowano:

Słoiczku! Odkręć się! Część I

O słoiczkach powiedziano już wiele, jednak niektóre mamy, wciąż się wahają, czy po nie sięgać, czy lepiej olać temat i od początku samej przygotowywać posiłki maleństwu. Zastanówmy się jednak, co tak naprawdę wiemy na temat słoiczków?

Na forach wciąż można wyczytać, że to „chemia i najgorsze zło świata”, lub „wybawienie dziecka przed chorobami brzuszka”. Gdzie leży w takim razie prawda? Jak to zwykle bywa – po środku.

Na początku odpowiedzmy sobie na pytanie, jak taki słoiczek zostaje wyprodukowany? Każda firma zajmująca się produkcją wielkotowarową, a słoiczkowe potentaty do takich należą, aby funkcjonować, muszą mieć szereg certyfikatów i wprowadzony system pracy zgodny z księgą HACCP, kto pracował w żywności ten wie, kto nie pracował, to już tłumaczę. HACCP to analiza zagrożeń i kontroli punktów krytycznych podczas produkcji. Oznacza to, że w zakładzie musi być przeprowadzona dokładna analiza produkcji pod kątem „miejsc” newralgicznych, gdzie może dochodzić do np. zakażenia słoiczka z marchewką bateriami, zanieczyszczenia ciałami obcymi, detergentami, lub innymi produktami. Na pewno pierwszym takim punktem krytycznym jest odbiór towaru. Pracownicy, którzy odbierają towar (np. jabłka) muszą go dokładnie sprawdzić głównie pod kątem obecności szkła. Jeśli takowe się pojawi, to nie ma możliwości z takiego surowca produkować żywności i dostawca zostaje odesłany do domu. Każdy zakład sam wyznacza wymagania dla produktów, które przyjmuje na przerób. Jednak nie oszukujmy się – żaden pracownik nie sprawdza każdego jabłuszka, śliwki, marchewki, czy są nadgniłe, czy tylko obite… Następnym zazwyczaj punktem krytycznym jest sortownia, gdzie z taśmy produkcyjnych odrzucany jest surowniec, który nie spełnia określonych norm, zazwyczaj przy takiej taśmie stoi jedna, może dwie-trzy osoby i ściągają z taśmy owoce/warzywa, które są podejrzane. Jednak bywają okresy urlopowe… Wtedy stoi jedna pani/pan, który czasem musi iść siku…
Ale idźmy dalej. Kiedy jabłko, śliwka, czy marchewka zostaną już przerobione zgodnie z recepturą na słoiczek. A dzieje się to zazwyczaj w bardzo wysokich temperaturach, czyli na próżno w deserku szukać specjalnej ilości wiamin, zostają one dodatkowo poddawane obróbce termicznej, aby miały długi termin przydatności do spożycia. Dlatego dania te są pakowane w słoiczki szklane, stąd ich cena. Producentom znacznie bardziej opłacałoby się słoiczki zamienić na opakowania plastikowe – lżejsze, nie rozbiją się, ale do sterylizacji się specjalnie nie nadają. Kolejna rzecz to zakrętki. Niby metalowe, niby aluminiowe, ale od strony wewnętrznej wieczka są pokryte gumą, która teoretycznie z zawartością słoiczka nie reaguje. Podobnie jak popularne i coraz powszechniejsze tubki. Nie są one wykonywane z tworzyw naturalnych.

Zaś jeśli chodzi o samą recepturę słoiczków, to producenci powinni na etykietach spowiadać się z całego ich składu, nawet z rodzaju używanej wody, ale niestety:

– Przykładowy skład zupki jarzynowej HIPP

11793406_892402834160059_1481363471_n11774617_892402824160060_1625254150_n

Producent ujawnił skład jedynie 74,3% składu produktu, a konsumentowi pozostaje się jedynie domyślać, czym jest pozostałe 25,7%.

– Przykładowy skład deserku Bobo Frut

11798559_892402814160061_1724570445_n 11801918_892402810826728_390535357_n

 

Abstrahując od głupoty producenta, że połączył w jednym deserku warzywo jakim jest marchewka i owoc jakim jest jabłko. Nie łączy się ich z tej prostej przyczyny, że jabłko ma odczyn kwaśny, jak wszystkie owoce, a marchewka zasadowy, ich połączenie powoduje tworzenie się soli i zobojętniania produktu, co utrudnia wchłanianie w jelitach związków biologicznie aktywnych oraz soli mineralnych w nich zawartych. Jedyną korzyścią jest to, że takie połączenie jest smaczne i faktycznie może kojarzyć się z dzieciństwem.

Kolejna sprawa – producent odkrył przed nami aż 95,5% składu słoiczka i przyznał się do dodawania zagęszczonego soku jabłkowego – ten półprodukt to nic nie warta ciecz o smaku jabłkowym (w następnym wpisie wspomnę jak jest produkowany), oraz do wzbogacenia deserku w syntetyczną witaminę C (czyli kwas L-askorbinowy, wyprodukowany przez zakłady chemiczne) – musiał ponieważ podczas produkcji się rozłożyła. Przy czym dość istotna sprawa – w naturze, witamina C występuje w postaci kwasu L-askorbinowego i D-askorbinowego, dla człowieka najstoniejszy jest L-askorbinowy, D- askorbinowy, posiada tylko 30% aktywności kwasu L-askorbinowego, ale jednak, co natura to natura.

Poniżej, krótkie porównanie słoiczków i kulinarnej twórczości własnej. Wybór należy do Was 🙂

O słoiczkach i żywności dla dzieci nie skończyłam 🙂 Proszę o nadsyłanie składów mailem bm@blisko-mamy.pl będę sukcesywnie zamieszczać ich interpretację

słoje

Ps. – zawartość słoiczków sfotografowanych na potrzeby tego artykułu skonsumowałam sama 😉

 

 

 

Opublikowano:

Zdrowo, smacznie i… antydepresyjnie

Już grecki filozof Sokrates powiedział bardzo mądre zdanie, o którym niestety współcześni producenci żywności, albo nie słyszeli, albo zapomnieli: NIECH ŻYWNOŚĆ BĘDZIE TWOIM LEKIEM, A LEK TWOJĄ ŻYWNOŚCIĄ. Gdyby tak nie było, to ludzkość prawdopodobnie dawno by wyginęła, w końcu człowiek od ery kamienia łupanego, poprzez starożytności do okolic XIX/XXw nie mógł sobie iść do apteki po vademecum na swędzące stopy, niespokojne nogi, nadwagę, czy kuku i dwa boloki, Owszem od wieków znane było ziołoloczenictwo, na którym opiera się współczesna farmacja, jednak mimo wszystko dużą wagę przywiązywano do jakości żywności i tego co się spożywa, Nie dzieliło się żywności na konwencjonalną i ekologiczną, a termin żywność prozdrowotna nie istniał, bo w zasadzie tylko z taką żywnością człowiek miał do czynienia.

Jednak dzisiaj nie o tym. Dziś chciałam Wam przedstawić antydepresanty, które można położyć na swoim talerzu, za w sumie niewielkie pieniądze, a jeśli ktoś się zna, to i za zupełną darmochę 😉

Pierwszym przedstawicielem naturalnych antydepresantów, jest SOCZEWICA. A w zasadzie ZIARNA SOCZEWICY

soczewica

Ziarna rośliny doskonale znanej wegetarianom i osobom namiętnie się odchudzającym. Tak się składa, że soczewica, nie dość, że smaczna, bardzo uniwersalna i niewymagająca tak długiego namaczania przed obróbką jak groch, to charakteryzuje się niską kalorycznością, bardzo dobrym składem białka (zawiera prawie wszystkie aminokwasy egzogenne, czyli te, których nasz organizm nie wytwarza, a potrzebuje do prawidłowego funkcjonowania) – tylko nieco tylko lepsza pod tym względem jest soja. Oprócz tego jest syta – zawdzięcza to dużej zawartości błonnika pokarmowego, zawiera wiele makro i mikroelementów oraz flawonoidy chroniące naczynia krwionośne. Już sam fakt spożywania smacznej potrawy, która nas nasyci i nie sprawi, że przybędzie nam fałdek na brzuchu i w biodrach, powinien działaś antydepresyjnie, ale jest jeszcze coś – 100 g ziaren soczewicy zawiera,  215 mg L-tryptofanu, aminokwasu szczęścia, którego niedobór często jest łączony ze stanami obniżonego nastroju – czyli zwyczajnego doła. Aminokwas ten zawarty jest również w: nasionach soi, orzechach ziemnych (w tym w maśle orzechowym, ale naturalnym), fasoli czerwonej, nasionach słonecznika, dyni i sezamu; jajkach kurzych, serach (cheddar, parmezan, szwajcar) i drożdżach piwnych W czym, w takim razie jest lepsza soczewica od pozostałych wymienionych produktów? Jest spośród nich najmniej kaloryczna (stosunek ilości L-tryptofanu, na gram soczewicy)!

Kolejnym przedstawicielem jedzeniowych antydepresantów są… i tu nie małe zaskoczenie GRZYBY!

grzyby

 

Grzyby choć w rodzimej kuchni są dobrze znane, to jednak bardziej od strony pieczarek, czasem boczniaka, bardziej wyrafinowani zajadają się w chińskich restauracjach wariacjami na temat Shii-take, czyli twardziaka jadalnego. Ci bardziej rodzinni nie pogardzą późnoletnio-jesienną zupą grzybową z podgrzybka, albo jajecznicą z maślakami (mniam!).
Wiecie, że Polska jest jednym z nielicznych krajów, gdzie zbieranie grzybów jest tak bardzo popularne? W innych krajach – np. w Niemczech, w lasach jest zatrzęsienie grzybów, a praktycznie nikt ich nie zbiera!
O grzybach to ja bym mogła bez końca, ale powiem Wam, że choć są one znane ze swoich walorów smakowo-zapachowych, to pod względem wartości odżywczych są bardzo niedoceniane.
Pamiętam jak na biologii w liceum, przy okazji grzybów, nauczycielka powiedziała, że są bezwartościowe, właściwie sama chityna i woda, a do tego ciężkostrawne i obciążają wątrobę. Więc jeśli Wasze nauczycielki też tak mówiły, to bardzo się zdziwicie.

Grzyby w wielu krajach są nazywane mięsem lasu, gdyż zawierają (w zależności od gatunku) praktycznie wszystkie aminokwasy egzogenne, o których wspominałam przy okazji soczewicy (Borowik szlachetny zawiera wszystkie). Zawierają wszystkie witaminy z grupy B, w tym najwięcej witaminy B1, witaminę E, są też bardzo zasobne w witaminę D i jej prowitaminę ergosterol. Oprócz tego zawierają szereg związków przeciwnowotworowych, mnóstwo błonnika pokarmowego, w tym frakcji beta-glukanów, które głównie oczyszczają naczynia krwionośne ze złogów złego choresterolu i triglicerydów. I jeszcze przedostatnia ciekawostka – beta-glukany twardziaka jadalnego wspomagają odporność u osób, które są nosicielami wirusa HIV.

Miało być jednak o działaniu antydepresyjnym. Otóż grzyby zawierają bardzo ciekawy związek – L- ergotioneinę (L-ergothioneine), należy on do grupy antyoksydantów. Poza działaniem antydepresyjnym, wykazuje działanie przeciwnowotworowe oraz chroni wątrobę przed uszkodzeniami, oraz oczy przed powstawaniem zaćmy.

Zatem polecam jeść grzyby! Pamiętajmy jednak, że dzieci do 3, a najlepiej 5 roku życia, ze względu na niewykształcone do końca procesy enzymatyczne, nie powinny ich spożywać 🙂

Opublikowano:

Siła kobiecego (anty)wsparcia

O męskiej solidarności krążą wręcz legendy. Facet za facetem stanie murem, jeśli coś mu się w zachowaniu kolegi nie podoba, to albo mu powie wprost, albo przemilczy, chyba, że kolega przegnie, wówczas dadzą sobie po gębie. Z nami kobietami jest gorzej. Solidarność jajników często można między bajki włożyć, o czym nieraz boleśnie się przekonałam. Kobieta kobiecie często wilkiem, a matka matce to już w ogóle. To bardzo przykra sprawa, bo kto nas lepiej zrozumie jak inna kobieta?

Przykładowa sytuacja: Idę sobie sklepową alejką, Popularnego Dzieciowego Sklepu. Tacham Młodą w wózku, a przed nami inna mama, w towarzystwie swojej (napominającej ją) mamy, na całej szerokości owej alejki sadowi swoje (spore już) dziecię w spacerówce. Przeprosiłam Mamuśkę, ona nie zareagowała, więc czekam minutę, po czym znowu przepraszam. Mamuśka skończyła mocowanie się z wózkiem, po czym zawarczała „Można zaczekać!”. Odparłam (przyznaję równie niegrzecznie): można nie warczeć”… wywiązała się dość nieprzyjemna pyskówka, a można było zwyczajnie „odprzeprosić i poprosić o cierpliwość”. Tak pewnie by zrobili faceci (albo sobie pomogli), a my kobiety jakoś nie lubimy być „gorsze” jedna przed drugą. Nie lubimy pokazywać, że jesteśmy w czym słabsze. Każda z nas chce być Siłaczką i w imię Lepszej Sprawy dawać sobie radę. Prośba o pomoc innej kobiety jest przez nas traktowana jako swoista porażka. No bo jak to? Ona ma trójkę dzieci, męża niedorajdę, a z podłogi można jeść, a u mnie jeden Dzieć, mąż pomaga a pierdolnik sam niedługo się spakuje i wyprowadzi? Wpojono nam, że MUSIMY DAĆ RADĘ, MUSIMY być SIŁACZKAMI, musimy zarywać noce, wysłać tatusia z Dzieciem na spacer, albo oddać za pieniążki Młode do Klubiku na kilka godzin i zamiast do fryzjera, kosmetyczki, na fitness (O czym ja piszę!)…. wróć! Zamiast się położyć i nadrobić Chirurgów, albo odmóżdżyć się przy Modzie na Sukces (;)), czy też zwyczajnie PÓJŚĆ SPAĆ, wyciągnąć nogi, my bierzemy i szorujemy, liżemy, pastujemy, myjemy okna dla Jeżusia, jakby miała wpaść inspekcja sanitarna, albo perfekcyjna Pani domu. Mamy kompleks czasu wolnego, wpojony w dzieciństwie (przynajmniej mój), że ZAWSZE jest coś do zrobienia, a dupa boli od siedzenia. Zamiast cieszyć się życiem i wychodzić z założenia, że mieszkanie jest do mieszkania, a nie do wiecznego sprzątania, cieszyć się zabawą z dzieckiem i jego tatą, współczesna mama patrzy na nich z żalem szorując meble i blat kuchenny prawie na wylot „bo u niej jest tak czysto”. A można by tak było się umówić z inną mamą – dziś sprzątamy u Ciebie – ja się zajmę Dzieciakami, a Ty sobie zrobisz co tam potrzebujesz. Kobieca podzielność uwagi pozwoli dzieciakom się nie pozabijać, a i umilić pogawędką wspólnie spędzony czas. Wyobrażacie sobie? Tak, wiem Totalna Abstrakcja, przecież zapraszając inną mamę, ma ona odczuć, ze jesteś Siłaczką i Dajesz Radę. 

Szkoda, że coraz rzadziej spotyka się miejsca, gdzie mamy mogą się spotkać na neutralnym gruncie i bez kompleksów pogadać o dupie Maryni, poradzić się, nawiązać przyjaźnie. Miałam szczęście dwukrotnie uczestniczyć w czymś takim i udało mi się nawiązać zalążek przyjaźni z inną mamą. Dzieciaki się świetnie wspólnie bawią, ale zajęło nam trochę czasu by się przed sobą otworzyć. Jednak czasem przemierzam alejki sama w Małą w chuściorze, albo w wózku, a inne mamy kiedy się do nich uśmiecham patrzą na mnie jak na wariatkę, albo najczęściej rozmawiają przez, albo wpatrują się w swojego smartphona.  Przy huśtawkach zawsze są jakieś docinki, że czyjś Dzieć się za długo buja skierowane oczywiście do swojego Małoletniego „Widzisz Brajanku, nie pohuśtasz się, bo tamta pani, NAM ZAJMUJE (tu spojrzenie skierowane na winowajczynię niebujania się Brajanka). A można by tak zagadać o pogodzie czekając na swoją kolej? Jasne, może niemiłe Panie mają gorszy dzień, ale która matka codziennie nie ma gorszego dnia? Jesteśmy zmęczone w ciągłej gotowości. Do czwartego miesiąca życia niemowlaka, próbujemy codziennie go nie zabić, a po czwartym dodatkowo pilnujemy by on sam siebie nie unicestwił.

Takie jest życie matki, może nieco łatwiejsze by było w tandemie z innymi mami? Tak bez oceniania, bez porównywania? Bez fałszywego zainteresowania? 😉